Słów kilka o...

Canadiens, Hurricanes i inni z NHL.

Wpisy

  • czwartek, 17 maja 2012
    • Devils wyrównali

      Kilka minut temu dobiegło końca spotkanie w Madison Square Garden, w którym NJ Devils pokonali NY Rangers trzy do dwóch.

      Bramki dla gości zdobyli Ilia Kowalczuk (14. minuta, w przewadze), Ryan Carter (39.) i David Clarkson (43.); dla gospodarzy – Marc Staal (23., w przewadze) i Chris Kreider (33., w przewadze).

      Stan rywalizacji do czterech zwycięstw jeden do jednego, kolejne dwa mecze w hali Diabłów w Newark.

      Więcej o tym (nudnawym zresztą) spotkaniu... jak Bóg da, po południu.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 maja 2012 04:51
  • środa, 16 maja 2012
    • Tako rzecze P. K. Subban

      Uff.

      Nareszcie ktoś mądry w Montrealu zauważył, że nie samym Staubitzem człowiek żyje. Po wpisach „Tako rzecze Carey Price” (w dwóch odsłonach) i „Tako rzecze Tomas Plekanec” (w odsłonie jednej, ale za to upiększonej... powiedzmy... przeze mnie) głos zabrał jeszcze jeden facet, którego od roku z kawałkiem kojarzy chyba każdy, kto potrafi rozwinąć akronim NHL.

      Sezon regularny 2010-11: 77 spotkań, czternaście goli (w tym dziewięć w przewadze i trzy game winnery) plus dwa w play-offs, 24 asysty plus dwie w play-offs, 38 punktów (6. miejsce w drużynie), 197 strzałów, 124 minuty kar, plus-minus: osiem pod kreską.

      Sezon regularny 2011-12: 81 występów (jednego zabrakło do kompletu), siedem goli (pięć w przewadze), 29 asyst, 36 punktów (piąty wynik w Canadiens), 205 strzałów, 119 karnych minut, plus-minus: dziewięć do góry (lepsi byli tylko Josh Gorges, Erik Cole i David Desharnais).

      Dwa razy z rzędu (na... dwa sezony w NHL) najlepiej punktujący obrońca Canadiens – Boże, pomyśleć, że rok temu tyle samo punktów natrzaskał Scott 7KK Gomez...

      Gość, którego kocha jakieś 99 procent mieszkańców Montrealu, a nienawidzi cała reszta mieszkańców Ameryki Północnej, z Apaczami i Inuitami włącznie. Słowo daję – jak obejrzycie jakikolwiek mecz Habs poza Bell Center, to wycie dwóch tysięcy atakujących Siuksów będzie oznaczało, że ten pan dostał krążek, względnie komuś przyłożył.

      Jeśli Larry Bird był najlepszym białym w grze czarnych, to ten człowiek jest zdecydowanie najlepszym czarnym w grze białych. Nie, proszę nawet nie wyjeżdżać z tym kolesiem z Bruins, który jest znany głównie z faktu, że urodził się na tej samej wyspie, co Rihanna.

      Panie i Panowie – P. K. Subban!

       

      „Od kiedy zacząłem tu grać, musiałem przyzwyczaić się do krytyki i wielkiej odpowiedzialności, ale szczerze mówiąc, kocham to”, powiedział P. K. (Wyraził się trochę bardziej obrazowo, ale dosłowne tłumaczenie na polski nie miałoby sensu; komu wola, niech sobie sprawdzi w serwisie Canadiens). „W zeszłym sezonie tak naprawdę nikt nie kwestionował tego, co robiłem. Wszystko, co musiałem zrobić, to wyjść (na lodowisko) i grać, a nawet jeśli zrobiłem błąd, zwykle ludzie mówili tylko, że to dlatego, ponieważ jestem pierwszoroczniakiem.”

      Tak... Pech chciał, że rok temu swój pierwszy sezon w NHL rozegrał także Jeff Skinner z Hurricanes, w którym przy okazji wręczania wszelkich możliwych nagród dla najlepszych debiutantów po prostu nie szło wygrać. A jeśli już mówimy o błędach młodości... Po pierwsze i właściwie jedyne – gorąca głowa i często niepotrzebne faule. W poprzednim sezonie Jacques Martin (Jacques, wróć) nie wytrzymał i postanowił, że dwa czy trzy spotkania Subban obejrzy z wysokości trybun. Pomogło... na jakiś czas. Zdaje się, że czarnoskóry obrońca po prostu tak już ma i żadna siła na to nie poradzi.

      „Krytycy nigdy mi nie przeszkadzali”, oznajmił Subban (co racja, to racja). „Każdego dnia, kiedy przychodzę na lodowisko, staram się po prostu wierzyć w to, co mogę zrobić i grać z pełnym zaufaniem (do własnych umiejętności). Oto, czego oczekuję od samego siebie.”

      „Na początku sezonu czułem się, jakbym w roli drugoroczniaka nie był już tak dobry. Zapowiadało się, że to będzie kiepski rok”, przyznał jeden z ulubieńców Bell Center. „Myślę jednak, że pod koniec byłem w stanie wrócić do gry na tym samym poziomie, co w poprzednim sezonie.”

      Ponownie nie można się nie zgodzić. Strzelonych bramek trochę mniej, za to nie tylko po większej liczbie punktów za asysty widać, że ten chłopak wziął się za rozgrywanie, i to jeszcze jak. Chyba już to pisałem, ale powtórzę – jak gość ma swój dzień, naprawdę nie idzie mu odebrać krążka bez narażania się na dwuminutową odsiadkę.

      A początek sezonu? Cóż, niejaki Hugo Fontaine z serwisu Habs słusznie zauważa (tutaj powinienem lekko uderzyć się w piersi), że krytyka była chyba bardziej wynikiem oczekiwań, jakie wobec PeKaeSa mieli sympatycy Canadiens. Skoro w pierwszym sezonie okazał się takim wycinakiem, to w drugim, łojojoj, normalnie przeciwnicy będą z nim mieli gorzej niż w jednej celi z Kudłatym. A to nie zawsze takie proste... Wreszcie – last, but not least – pamiętajmy, że w październiku (żeby tylko) tragicznie grali wszyscy, od Tomka zaczynając, na Careyu kończąc, a Martin (Jacques, wróć) nie wyleciał wcześniej tylko dlatego, że w roli deus ex machina wystąpił Travis Moen, który na jesieni zdobył tyle bramek, co przez poprzednie parę lat.

      „Kiedy twoja drużyna przechodzi trudny okres, najlepszym, co możesz zrobić, jest unikanie powtarzania tych samych błędów. Trzeba upewnić się (dosłownie: skupić na upewnieniu się), że poprawiasz (swoją grę) i że wszyscy inni (w zespole) robią to samo”, dodał Subban.

      Po tych słowach w oryginale następuje nieziemskie przykadzenie koledze PiKeja z obrony, czyli niejakiemu Andriejowi Markowowi. W wykonaniu dziennikarza, nie zawodnika... A przepraszam, w roli zawodnika też, już tłumaczę, jakżebym śmiał opuścić.

      „Andriej jest wspaniałym mentorem i to jasne, że mogę się od niego wiele nauczyć. Zresztą nie tylko ja, ale też pozostali faceci z drużyny”, piał P. K. pod adresem Rosjanina (obaj panowie wystąpili obok siebie w 23 spotkaniach). „Osobiście ucieszyłbym się, gdybym mógł zobaczyć go grającego więcej niż w tym roku, jednak dla całej drużyny bardzo ważne było to, że (Markow) jest z nami.”

      Ta. Super. W górę gościa. Nie ma jak uczyć się od faceta, który wydoił Gauthiera z kilku milionów zielonych, leżąc w łóżku (nieśmiało przypomnę, że niejaki Saku Koivu w podobnej sytuacji postąpił wręcz przeciwnie, ale cóż, na to trzeba mieć honor, a nie być Rosjaninem). Gdyby pensję Markowa podzielić przez czas, który Andriej spędził na lodzie w ciągu ostatnich dwóch sezonów, jak nic wyszłoby, że chłop ma najwyższą dniówkę w NHL. I żeby nie było, że się czepiam (choć owszem, czepiam się): na prezentacji zespołu w Bell Center (13.10.2011, przed porażką jeden do czterech z Calgary Flames) Andrieja wygwizdano (!) raczej nie za chęć do życia i miłość do ojczyzny.

      Szkoda, że Subban przy okazji nie pisnął ani słówka o tym, co by było, gdyby nie oddany lekką rączką Hal Gill, ale mniejsza o to...

      „W ciągu ostatniego roku poprawiłem wiele rzeczy w swojej grze i wprowadziłem dużo zmian”, zakończył Subban. (To na pewno też zasługa Andrieja Porcelanowa; przecież zaraz szlag mnie trafi... nie mógł to jego dziadunio zginąć na wojnie rosyjsko-japońskiej?). „Wszystko, co chcę zrobić, to nadal się uczyć i stawać się coraz lepszym.”

      Proszę bardzo, po rozgrywkach 2011-12 P. K. Subban może dopisać sobie jeszcze jedno osiągnięcie. Ze średnim czasem na lodzie 24:18 na mecz został liderem Canadiens w tej kategorii.

      Wypowiedzi (i statystyki) zawodnika za serwisem canadiens.nhl.com (niekiedy w dość dowolnym tłumaczeniu, ale weź tu przetłumacz dosłownie takie na przykład „I was headed towards having a bad year”), uzupełnienia w nawiasach i cała reszta ode mnie.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2012 20:38
    • Przed nami ćwierćfinały Mistrzostw Świata

      Stało się. Jajo zostało zniesione, faza grupowa turnieju też. Wczoraj w Sztokholmie i Helsinkach zakończyły się rozgrywki grupowe, a przy okazji, niejako na deser, okazało się, że nie warto przed turniejem kombinować z drabinką i regulaminem, bo można sobie ukręcić bat na własny zad, o czym wszakże za chwilę.

      Najsampierw (tak, tak, naprawdę wiem, że to piękne słówko jest niepoprawne językowo) informacja zaległa. Jeszcze w poniedziałek Finowie w swoim ostatnim meczu w grupie H (jak Helsinki; druga nazywa się S – nie, nie jak Suomi, tylko jak Stockholm, choć może być też jak Sverige) planowo pokonali Kazachstan cztery do jednego.

      Bramki dla zwycięzców strzelali: Jussi Jokinen (25. minuta, w przewadze), Mikko Maenpaa (32., w przewadze) i Valtteri Filppula (38. i 42., drugie trafienie w przewadze). Honorowe trafienie dla Kazachów uzyskał w 49. minucie Konstantin Puszkariow.

      Tym razem dla słabiej ostatnio dysponowanego Kariego Lehtonena zabrakło miejsca nawet na ławce rezerwowych. W bramce Finów stanął mistrz świata sprzed roku Petri Vehanen (17 interwencji, .944), w rezerwie pozostał Karri Ramo.

      Niejako przy okazji Lwy Suomi spuściły przeciwników do drugiej ligi (nie, to nie tam, gdzie Polska, Polski trza szukać tam, gdzie Australia). Towarzyszami Kazachów w tej trudnej drodze została Italia, która zapewne za rok znowu awansuje do elity, za dwa lata spadnie i tak dalej, i tak dalej. Chłopaki po prostu od jakiegoś czasu tak mają.

      Ostatnim dniem zmagań w grupach był wtorek. Kto oczekiwał niespodzianek, ten się zawiódł. Krótko wspomnijmy, że Kanada pokonała wzmocnioną już braćmi Kosticynami Białoruś pięć do jednego (Cam Ward rozegrał cały mecz, obronił 17 strzałów, skuteczność .944), Norwegowie wygrali z Duńczykami sześć do dwóch, Czesi zdemolowali Niemców osiem do jednego (dla Tomasa Plekanca punkcik za asystę), a Amerykanie strzelili pięć goli Szwajcarom (przy dwóch podawał Max Pacioretty), tracąc tylko dwa.

      Jak dotąd wszystko super. Z grupy H awansowały Kanada, Stany Zjednoczone, Finlandia i Słowacja, z grupy S – Rosja (jakkolwiek niechętnie to piszę, gratulacje dla Rosjan, którzy na razie mają na liczniku komplet siedmiu zwycięstw, a tu jeszcze do Skandynawii dotarł Owieczkin, któremu widocznie mało jednego łomotu, jaki zebrał za oceanem, chce dostać drugi w Europie), Szwecja, Czechy i Norwegia. I tu oto zaczęły się schody.

      Jak świat światem (przynajmniej tak mi świta i nie chce być inaczej, choć całkiem możliwe, że świta mi źle i część wpisu można umieścić w koszu względnie w toalecie), w ćwierćfinałach grano systemem na krzyż, czyli 1A vs 4B, 2A vs 3B, 3A vs 2B, 4A vs 1B. Sęk tylko w tym, że według takiego schematu Finowie trafiliby na Szwedów, a tu jeszcze przed turniejem postanowiono, że choćby nie wiem co, zarówno jedni, jak i drudzy, pierwsze mecze fazy pucharowej rozegrają przed własną publicznością, w dodatku wieczorem. Nie trzeba być znawcą geografii, żeby na pierwszy rzut oka zauważyć, że przecież chłopaki się nie rozerwą. Na szczęście zawczasu pomyślano i o tym, dlatego drabinka wygląda nieskol'ko inacze, a dla Lwów Suomi własne lodowisko może być małą pociechą w meczu z Jankesami, którzy nie tak dawno (wiem, wiem, zasłona dymna i nic więcej, usypiamy przeciwnika) bez większego wysiłku sprali biało-niebieskich pięć do zera.

      Zestawienie par ćwierćfinałowych i dwa słowa ode mnie poniżej.

      Sztokholm, 17.05.2012, 14:45. Rosja – Norwegia.

      Szykuje się koniec wielkiej przygody dzielnych wojowników znad fiordów. Jak – delikatnie mówiąc – nie przepadam za Panem Przereklamowanym i większością jego rodaków, tak tego meczu po prostu nie mają prawa przegrać. A szkoda. Kto lubi grać na fuksa, temu mimo wszystko przypomnę, że Owieczkin nie takie rzeczy wtapiał, a Norwegowie w dwóch ostatnich spotkaniach załadowali przeciwnikom osiemnaście goli.

      Sztokholm, 17.05.2012, 20:15. Czechy – Szwecja.

      Odpadnięcie gospodarzy byłoby sporą niespodzianką. I będzie, bo jakoś dziwnie mi pachnie bramką Tomka P. w osłabieniu i wygraną Czechów po dogrywce. Do To Ho!

      Helsinki, 17.05.2012, 13:00. Kanada – Słowacja.

      Walki nie zabraknie, tyle że półfinał to zdecydowanie zbyt wysokie progi na Zdena Chary nogi. Kanadyjczycy nie zdemolują naszych południowych sąsiadów, ale też awans Klonowych nie powinien być zagrożony.

      Helsinki, 17.05.2012, 18:30. USA – Finlandia.

      Petri Vehanen czy Kari Lehtonen? Demolka czy zasłona dymna w spotkaniu grupowym? Stawiam na Vehanena i zasłonę dymną. W zdecydowanym hicie ćwierćfinałów wciąż aktualni mistrzowie świata okażą się lepsi o jedną, jedyną bramkę. Bardzo możliwe, że mecz (jeśli nic mi nie przeszkodzi, zamiaruję oglądać) potrwa dłużej niż sześćdziesiąt minut.

      Godziny rozpoczęcia spotkań według czasu miejscowego.

      Heia Suomi!

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2012 15:19
    • LA Kings idą po Puchar

      Koniec. Od wczoraj wiemy jedno – Puchar Stanleya zdobędą Los Angeles Kings lub ta drużyna, która jakimś cudem ich zatrzyma (przy czym sorry, Winnetou, ale na pewno nie będą to Phoenix Coyotes). Jonathan Quick i jego koledzy skutecznie postarali się o rozwianie wszelkich wątpliwości, wygrywając drugi mecz w Arizonie... cztery do zera i przy okazji wyrównując rozmaite rekordy w kategorii „wygrane na wyjazdach w play-offs”.

      Drżeć mogą: Chicago Blackhawks (siedem zwycięstw z rzędu), Colorado Avalanche (siedem wygranych w play-offs) i NY Islanders (seria dziewięciu zwycięstw w dwóch następujących po sobie sezonach). Na pociechę kibicom tych drużyn pozostaje tylko fakt, że ich rekordy mogą przetrwać aż do wielkiego finału. Powód? Królowie w serii best of seven prowadzą dwa do zera, a kolejne dwa spotkania rozegrają w Los Angeles...

      Prowadzenie dla gości uzyskał Dwight King (14. minuta), a później trafiał już tylko Jeff Carter (25., 39. w przewadze, 53. w przewadze). Ostatnim hokeistą, który ustrzelił hat-trick w barwach Królów, był prawie dwadzieścia lat temu... Wayne Gretzky.

      Jonathan Quick obronił 24 strzały gospodarzy; jego koledzy oddali czterdzieści celnych uderzeń na bramkę Mike'a Smitha.

      Nic dziwnego, że zawodnikom Kojotów zdecydowanie puściły nerwy i sędzia miał sporo pracy. Efekt? Sześćdziesiąt minut kar plus kary meczu dla Shane'a Doana (kapitan drużyny) i Martina Hanzala (obaj z Phoenix Coyotes).

      „Znowu nie podjęliśmy walki... Kiedy zostajesz pobity (pokonany, przyp. mój, Hapsfuji), chociaż grałeś dobrze, możesz tylko uchylić kapelusza przed tą drugą drużyną. Kiedy zostajesz pobity w taki sposób, jak my teraz, to jest o wiele bardziej frustrujące.”

      Kto tak pięknie gra? Bramkarz Coyotes – Mike Smith.

       

      Niedawno na oficjalnej stronie Canadiens pojawiło się pytanie o to, która z czterech pozostających w grze drużyn zdobędzie Puchar Stanleya. Oto wczorajsze wyniki, jeszcze sprzed meczu numer dwa w Arizonie: Los Angeles Kings 62,75 procent głosów; New York Rangers 22,06; NJ Devils 7,84; Phoenix Coyotes 7,35.

      Przepraszam, Johnie Tortorello – szczerze życzę twojej drużynie zwycięstwa, ale ja też w was nie wierzę. Nie te czasy. Choć obym się mylił.

      A jeśli już przy wieściach zza oceanu.

      W Montrealu za gwiazdę robi Brad Staubitz (czyżby to znaczyło, że topnieją szanse na przedłużenie kontraktu z Travisem?). Po tym, jak można było przeczytać przemyślenia byłego zawodnika San Jose Sharks i Tomato Sprats, można ich także wysłuchać.

      Zagraniem roku w drużynie Habs wybrano... rzut karny, wykonany przez Larsa Ellera. Nie no, litości, proszę ja was... Ja rozumiem, że Larsik wykorzystał go w dość nietypowy sposób, ale a) to wymyślił już Steven Stamkos rok temu (pokonanym bramkarzem był... Carey Price z Canadiens); b) Duńczyk zademonstrował tak wspaniałą technikę, że rymnął jak długi na lód, potykając się najpierw o własne nogi, później o bramkarza przeciwnika; c) z racji tego drugiego potknięcia gdyby sędzia się uparł, naprawdę mógłby tej bramki nie uznać – co prawda zdecydowanie więcej przemawiało „za” niż „przeciw”, ale naprawdę, nie takie rzeczy w NHL gwizdano... Trudno, wiem, że wszyscy zachwycają się Larsem. Wiem, że ja się nie znam. Ale ja cię, gościu, jakoś nie lubię.

      Jest również cenna wiadomość z Raleigh. Carolina Hurricanes zaangażowali się w akcję „Pick Up a Book And Read”, czyli mniej więcej tyle, co „weź książkę i poczytaj”. Wybrani uczestnicy całego przedsięwzięcia – skierowanego przede wszystkim do dzieciaków – mogli odebrać drobne upominki klubowe (figurki... Jamiego McBaina) i zadać kilka pytań Erikowi Staalowi, który przy okazji wygłosił do ludu słów kilka o znaczeniu czytania książek dla odnoszenia sukcesów w szkole i w innych dziedzinach życia.. Niestety, nie dowiedzieliśmy się, jaka jest ulubiona książka kapitana Hurricanes.

      Tak, tak... „organizacja” w NHL to nie tylko drużyna hokeja i wbijanie czegoś niewidzialnego do bramki o rozmiarze durszlaka.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2012 14:10
  • wtorek, 15 maja 2012
    • Devils 0, Rangers 3

      Nowy Jork, 14.05.2012.

      Długo, długo zanosiło się, że z obejrzenia meczu Rangers niewiele wyjdzie. Jak na złość, akurat tego dnia wszystkim przypomniało się o copyrightach, tu coś nie działało, tam czegoś nie było, a jedyny jako-tako działający stream miał ekranik wielkości cyferblatu od zegarka, w dodatku damskiego. Westchnąłem, pomyślałem, że na czymś takim to nawet meczu Canadiens nie dałbym rady obejrzeć, ale byłem twardy i szukałem dalej. Jakoż znalazło się (mecz w międzyczasie zdążył się zacząć; relację od damskiego zegarka zostawiłem sobie jako radio) coś, co dało się oglądać bez użycia lupy. Sęk tylko w tym, że jako-tako było widać jedynie hokeistów Rangers (aczkolwiek bez numerów) i numery Devils (aczkolwiek bez hokeistów)...

      Jak mawiał dobry wojak Szwejk – jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Po pewnym czasie nawet szło rozróżnić nieco więcej, a pod koniec meczu to już w ogóle jakość była, że klękajcie, narody świata. Niemniej jednak o to, co działo się przez pierwsze kilka minut, najlepiej mnie nie pytać...

       

      Początek spotkania to ogólna mgła i ciemność. Sądząc z natężenia głosu komentatora (relacja radiowa, ta kojarząca się z zegarkiem), atakowali Rangers i bodaj dwiema dobrymi interwencjami popisał się Martin Brodeur. Później można było się domyślać, że atakują Devils, z czego wszakże nic wielkiego nie wyszło.

      Wreszcie w 5. minucie groźną i nieźle widoczną akcję przeprowadzili gospodarze. Bliski szczęścia był Marian Gaborik, ale trafił w parkan interweniującego pajacykiem Brodeura. Po drugiej stronie lodowiska w bramce Tortorella Boys znalazł się Zach Parise – kapitana Diabłów mocno naciskał Ryan McDonagh, lecz sędzia zdecydował, że wykluczenia (tym bardziej rzutu karnego) nie będzie... i zdaje się, że miał rację. Chwilę później obrońcom Rangers pięknie urwał się Adam Henrique (tak, to ten mistrz fair play sezonu regularnego), groźnie uderzył z nadgarstka z okolic bulika, jednak Henrik Lundqvist kapitalnie złapał krążek.

      W 9. minucie na ławkę kar zjechał Anton Wołczenkow z Devils, ale nie darmo hokeiści z New Jersey skończyli sezon z najlepszą skutecznością PK w lidze. Dwie minuty wysiłków Strażników można podsumować tylko słowami – szału nie było. Już w pełnym składzie goście wyszli z kontratakiem, po którym Ilia Kowalczuk znalazł się sam przed bramkarzem... King Henrik obronił. Uff.

      12. minuta przyniosła karę dla zawodnika Johna Moza... Tortorelli (faulował Carl Hagelin). Mimo osłabienia jako pierwsi zaatakowali Strażnicy, jednak Brian Boyle po podaniu Ryana Callahana nie dał rady Brodeurowi w sytuacji sam na sam. Później do szturmu ruszyli Devils i kiedy zdawało się, że jedynym efektem ich starań będą strzały spod niebieskiej (dwa zablokowane, jeden obroniony), wymarzonej sytuacji nie wykorzystał – aż chce mi się napisać, że ją... – Travis Zajac. Przepraszam bardzo, ale kiedy napastnik dostaje krążek na wprost bramki na wysokości bulików, ma czas, żeby go skleić, podholować, przymierzyć, a wszystko nie kończy się w siatce... Jak z rzutem karnym w Fußballu – to nie jest obronione, tylko źle strzelone. Koniec, kropka.

      14. minuta, pora na kilka cyferek. W celnych strzałach Devils 4, Rangers 2. Że mało? Nie ma co się dziwić, to są play-offs i tu już naprawdę nie ma takiego uderzenia, którego nie można zablokować. Inna rzecz, że panowie z NBC chyba lekko się zagapili.

      Po zakończeniu odsiadki Szweda oba zespoły nieco spuściły z tonu. Próbowali Brad Richards i Hagelin (obaj Rangers); Lundqvist obronił czyjś strzał spod niebieskiej; Brodeur też obronił czyjś (a konkretnie Brandona Prusta) strzał spod niebieskiej... Przy tej ostatniej akcji powstało zresztą małe zamieszanie, kiedy bramkarz Devils zgubił kask, jednak powtórki pokazały, że tym, który potrącił Brodeura, był jeden z jego kolegów z obrony.

      W 18. minucie Ryan Callahan po raz nie wiadomo który pokazał, że nie gra w hokeja po to, żeby znaleźć przyjaciół. Po tym, jak kapitan Strażników zaprawił Patrika Eliasa barkiem w twarz, mieliśmy na lodzie krew (w całkiem sporych ilościach) i sceny rodem z filmu Clinta Eastwooda „Million Dollar Baby”. Callahan jakimś cudem nie dostał nawet kary mniejszej.

      Do przerwy nie działo się już nic wielkiego. Z dystansu uderzał Gaborik (Krystyna z gazowni by to obroniła, co dopiero Brodeur); Diabłom mogliśmy zapisać dwa strzały zablokowane i jeden niecelny.

      Uderzenia w światło bramki po pierwszej tercji (tu już za relacją na żywo serwisu NJ Devils): Devils 6, Rangers 8. Jak nic NBC coś pokręciło.

       

      Culpa jest mea, na drugą tercję minimalnie się spóźniłem, ale proszę mi wierzyć, że miałem bardzo ważny powód. Dotarłem w sam raz na dwie minuty kary dla Dainiusa Zubrusa (23. minuta spotkania).

      Patrzcie, patrzcie, a ja całe życie myślałem, że Zubrus jest Łotyszem, dopiero teraz widzę, że nie. Jeśli kiedyś zmieniłem mu narodowość, to bardzo przepraszam za błąd.

      Rangers w przewadze zrobili mniej więcej tyle samo, co po wykluczeniu Wołczenkowa. Groźniej pod bramką Devils zrobiło się dopiero wtedy, kiedy gospodarzom pomógł... Brodeur, który pomylił się przy próbie wybicia krążka, jednak hokeistom z Newark jakoś się upiekło. Już w pełnych składach kanadyjski bramkarz w pełni się zrehabilitował, kiedy najpierw odbił krążek po ładnym uderzeniu Michaela Del Zotto, a sekundę później rzucił się pod nogi rozpędzonego Boyle'a i nakrył krążek.

      D jak Del Zotto, Michael. Rozszalał nam się w tych play-offs obrońca Rangers z czwórką. Jak na razie dwie bramki, sześć asyst – pogratulować.

      W 27. minucie któryś z zawodników gospodarzy zdecydował się na strzał (uwaga) zza połowy lodowiska... i niewiele brakowało, a kompletnie zaskoczony Brodeur musiałby wyciągać krążek z siatki. Kanadyjczyk interweniował bardzo niepewnie; swoją szansę miał jeszcze Mike Rupp, ale przegrał pojedynek z bramkarzem. Chwilkę później goalliemu Devils znowu dopisało szczęście, kiedy podbity przez niego krążek o włos minął spojenie słupka i poprzeczki...

      Martin Brodeur – 14 interwencji. I to się liczy.

      Co ciekawe, w celnych strzałach (28. minuta meczu) 14-10 dla NY Rangers, ale w tzw. scoring chances... 9-7 dla NJ Devils. Proszę, proszę. (A przy okazji uwaga ode mnie: akcja, która nie została zakończona celnym strzałem, również może zostać zaliczona jako SC).

      W następnych minutach do głosu doszli goście. Uderzenie Zubrusa zostało zablokowane i zabrakło kogoś, kto w zamieszaniu wbiłby krążek do siatki; Lundqvist obronił strzały Marka Zidlicky'ego i Stephena Gionty (młodszy brat „tego” Gionty)... Dodajmy, że Szwed także nie uniknął błędu, kiedy potwornie „machnął się” za własną bramką; na szczęście – przynajmniej dla mnie – nie było przy nim żadnego napastnika Devils.

      W 35. minucie na ławce kar usiadł Andy Greene... a grający w osłabieniu Devils powinni objąć prowadzenie. Kapitalną szansę zmarnował Zach Parise; mało tego – ułamek sekundy później Henrik Lundqvist obronił obie (!) dobitki kapitana gości. Brawo, Heniu! Nie za piękne oczy ty kasujesz ponad czterdzieści milionów dolców za sześć lat...

      Ledwie Greene wrócił do gry (power play Rangers z kategorii żal.pl czy raczej żal.us), z lodu zjechał Brandon Prust, który zdecydowanie za ostro potraktował Eliasa – dobrze, że tym razem obyło się bez czerwonej cieczy. Gościom także zabrakło pomysłu na grę w przewadze – dopiero tuż przed końcem kary piekielnie mocno, ale i bardzo niecelnie uderzał Kowalczuk. Nieco wcześniej ciekawie zapowiadała się kontra Tortorella Boys – cóż, kiedy Boyle tak długo myślał, co zrobić z krążkiem, aż wymyślił... podanie do Brodeura, bo na pewno nie był to strzał.

      W końcówce tercji dali o sobie znać Richards i Gaborik, jednak trudno powiedzieć, żeby po ich akcji pod bramką Brodeura bito na trwogę.

      Celne strzały po dwóch tercjach (w całym meczu): Devils 17, Rangers 18.

       

      Na początek pierwszej tercji dostaliśmy trochę statystyk, dotyczących spotkań, w których naprzeciwko siebie stawali Martin Brodeur i Henrik Lundqvist...

      Brodeur, sezon regularny: 12-18-5, GAA 2,20, skuteczność .920.

      Brodeur, play-offs: 4-4-0, 2,37 i .919.

      Lundqvist, sezon regularny: 23-7-5, 1,61, .941.

      Lundqvist, play-offs: 4-4-0... teraz uwaga... 3,11 i .888!

      ...o kurczę, gol!

      W 53. sekundzie trzeciej tercji gospodarze dość nieoczekiwanie objęli prowadzenie. Spod niebieskiej linii huknął Dan Girardi (punkty za asysty zapisujemy Chrisowi Kreiderowi i Del Zotto), a zasłonięty przez Dereka Stepana Brodeur nie zdążył zareagować.

      Goście szybko (43. minuta) mieli szansę wyrównać stan meczu – i udałoby się, gdyby Kowalczuk nie uderzył prościutko w Lundqvista (plus dla Szweda za złapanie krążka). Później do głosu znowu doszli Rangers, jednak cóż z tego, kiedy z czterech kolejnych strzałów ani jeden nie był celny...

      Wreszcie w 50. minucie (Devils wyraźnie nie mogli się pozbierać) wydawało się, że musi być dwa do zera. Marc Staal dobijał strzał Girardiegio praktycznie do pustej bramki; nie pomogłaby rozpaczliwa interwencja Wołczenkowa, ale Diabły uratował Martin Brodeur, który nie dość, że popisał się fantastyczną robinsonadą, nie dość, że rzucił się dokładnie tam, gdzie był krążek, to jeszcze go złapał. Interwencja meczu!

      Co się odwlecze... Nieszczęście nadeszło, kiedy na ławce kar usiadł Steve Bernier. Co prawda zaczęło się jak zwykle (a nawet jeszcze gorzej, bo Del Zotto dwa razy omal nie stracił krążka za własną bramką), jednak dla Strażników były to złe miłego początki...

      John Tortorella musiał w przerwie powiedzieć swoim zawodnikom, że jeśli nie wychodzą próby założenia zamka, to trzeba spróbować inaczej. Prawym skrzydłem ruszył Girardi, podał do Artioma Anisimowa, a ten przedłużył do Chrisa Kreidera, który w 52. minucie zdobył drugą bramkę dla gospodarzy.

      Było to trzecie trafienie w tegorocznych play-offs zawodnika, którego już po zakończeniu sezonu regularnego (absolutny debiutant!) Rangers wyciągnęli z Boston College...

      Mając już na koncie bramkę i asystę, Chris postanowił, że zapisze się w protokole sędziowskim także w inny sposób – trzeba jednak przyznać (razem z Johnem T., który przy tej okazji mógł zaprezentować swój firmowy uśmiech numer sześć), że faul był dość dyskusyjny. Devils w przewadze nie zwojowali zbyt wiele, dopiero pod koniec urządzając sobie ostre strzelanie. Cóż z tego, gdy walili albo na wiwat, albo w obrońców przeciwnika...

      Za nami już 57 minut pierwszego spotkania finałowego Eastern Conference. Celne strzały w trzeciej tercji: Devils 3, Rangers 8. Coś się psuje w państwie duńskim...

      ...a Rangers po akcji dwóch na jednego nie prowadzą trzy do zera tylko z winy Ryana Callahana, który uparł się, że do samego końca będzie grał sam, i zasmucił się wielce, albowiem bardzo zła decyzja to była. Shame on you!

      Jeszcze gorzej dla Diabłów wygląda statystyka scoring chances. Tylko w trzeciej tercji jedenaście do jednego (ja bardzo proszę, bądźmy poważni... niedługo jak zawodnik huknie spod niebieskiej Panu Bogu w okno, to zapiszą SC) dla gospodarzy.

      Dwie minuty i siedem sekund przed zakończeniem meczu trener Devils poprosił o czas, po którym na ławce rezerwowych pozostał Martin Brodeur...

      Przyniosło to tylko ten skutek, że Tortorella Boys dość szybko wyszli z akcją trzech na dwóch, z której zrobiła się akcja dwóch na jednego. Maksymalnie wyluzowany Brian Boyle podał do maksymalnie wyluzowanego Artioma Anisimowa, a ten bez problemu trafił do pustej bramki, ustalając wynik spotkania.

      Cień nadziei dla Devils zaświtał, kiedy do końca spotkania pozostało niecałe czterdzieści sekund, a dwie minuty kary zarobił Mike Rupp z Rangers. Brodeur jeszcze raz zjechał z lodu i Diabły do końca atakowały w sześciu, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Trzy do zera (trzeba przyznać, że Devils raczej nie zasłużyli na tak wysoką porażkę) i w finale Eastern Conference eins zu null dla NY Rangers. Dziękuję, nie mam pytań.

      Celne strzały w trzeciej tercji: NJD 4, NYR 10.

      Martin Brodeur: 25 interwencji, skuteczność .926.

      Henrik Lundqvist: 21 obronionych strzałów, drugi shut-out w play-offs 2012, 48. w karierze.

      Jeszcze tylko trzy!

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 maja 2012 15:54
    • Grazie, Pippo!

      Na wstępie pragnę zaznaczyć, że kibicem Milanu nie jestem, piłką nożną interesuję się o tyle, o ile, w dodatku od wielkiego dzwonu, a większość stadionów (przynajmniej wszystkie w Polsce, z OSRAM Arena na czele) zaorałbym równo z trawą i posadził tam łubin albo pomidorki. Zaznaczam również, że więcej wpisów o Fußballu nie przewiduje się.

      Od wczoraj przymierzałem się do tego tekstu jak pies do jeża i zastanawiałem się, czy aby warto. Jak widać, uznałem, że warto. Dziewięćdziesiąt procent tekstu powstało za pomocą telefonu Nokia E63 w tramwaju linii 10 – jeśli to widać, to bardzo przepraszam.

      No, to jedziemy.

       

      Mediolan, 13.05.2012.

      Była 82. minuta meczu między Milanem a Novarą, kiedy Filippo Inzaghi zasadził game winnera, który dał jego drużynie zwycięstwo dwa do jednego. Wcześniej Super Pippo, który dziewiątego sierpnia skończy 39 lat, zapowiedział, że to będzie ostatnie spotkanie w jego karierze (nie licząc jakiegoś meczu pożegnalnego, którego po prostu nie może nie być). Nic dziwnego, że Inzaghi rozpłakał się jak bóbr, że płakał największy twardziel Serie A, czyli Gennaro Gattuso, płakał chyba kto żyw na stadionie, a również zapłakany komentator zdołał ponoć wykrztusić tylko Grazie, Pippo...

      Odchodzi (czy aby na pewno?) napastnik, który tylko dla rosso-nerich rozegrał 300 spotkań, strzelając w nich 126 goli, w tym te dwa najważniejsze, które dały Milanowi Puchar Europy w 2007 roku. Odchodzi (czyżby?) zdobywca siedemdziesięciu goli w europejskich pucharach (drugi wynik za Raulem) i trzech hat-tricków w Lidze Mistrzów (rekord). Odchodzi (podobno) piłkarz, który 57 razy wystąpił w reprezentacji Italii, dla której zdobył 25 goli. W całej karierze Filippo Inzaghi zagrał w 680 meczach, trafiając do siatki 313 razy.

      Odchodzi (przynajmniej tak mówią) zawodnik, który był już wysyłany na emeryturę częściej niż Tusk przez Kaczyńskiego, a jednak za każdym razem okazywało się, że jego przygoda z wielką piłką jeszcze trochę potrwa...

      Dlatego przepraszam, ale najzwyczajniej w świecie (choć zapewne jest to po prostu szczeniackie) w pale mi się to nie mieści, nie wierzę i nie przyjmuję tego do wiadomości. Wiem, że buty na kołku wiesza także Alessandro Del Piero (co powinno wzruszyć mnie dużo bardziej ze względu na sentyment do Juve; przy okazji gratulacje z okazji 30. scudetto i sezonu bez porażki), że więcej nie zagra Gianluca Zambrotta, że przygodę z Mediolanem kończą Gattuso i Alessandro Nesta... Ale Serie A... ba, piłka nożna... bez Super Pippo? Nie, to jest po prostu zwyczajnie nie-moż-li-we.

      Ale jeśli jakimś cudem okaże się to prawdą... Ech, ja w tym tramwaju (dobrze, że pustawym) też mam łzy w oczach i też nie potrafię wydusić z siebie nic więcej niż Grazie, Pippo.

      Ale jeśli jakimś cudem okaże się to prawdą (właściwie to samo tyczy się rzekomego pożegnania Del Piero... jeszcze ten jeden, jedyny gol z wolnego w Lidze Misiów...), to będzie oznaczało, że czas bohaterów się skończył – pozostali wyrobnicy.

      Proszę mi tylko nie wyskakiwać z Leo czy innym Cristiano, bo ryknę śmiechem, żyłka mi pęknie i nie zobaczę, jak Henrik Lundqvist podnosi Puchar Stanleya.

      Żeby nie było tak słodko, muszę na koniec napisać, że jedna rzecz zdecydowanie mi nie pasowała. Była nią liczba wolnych miejsc na trybunach San Siro. Rozumiem, że to była tylko Novara, w dodatku w meczu o nic, ale... Nie godzi się. Naprawdę nie godzi się!

      Co to ja miałem na koniec... Ano tak.

      Grazie, Pippo!

       

      I jeszcze jedno, jak mawia porucznik Columbo.

      Uprzedzam, naprawdę znam jakże wspaniałe żarty o tym, że średnia odległość, z jakiej Inzaghi trafia (tak, właśnie trafia, a nie trafiał!) do siatki, to pół metra. Słyszałem także, że ulubiona technika Inzaghiego to strzał piszczelem (oczywiście wtedy, kiedy piłka odbija się od niego, a nie on od piłki). Wiem również, że połowa bramek Inzaghiego była efektem tego, że sędzia nie podniósł chorągiewki, chociaż powinien. A teraz mam prośbę do wszystkich miłośników takich dowcipasów na temat Super Pippo... nie, nie będę namawiał do obejrzenia jego ostatniej bramki, bo i tak do niektórych nic nie dotrze. Po prostu darujcie sobie choć na chwilę i przyjmijcie do wiadomości, że plwam na was jak książę Bogusław na testamenta.

      „Kiedy rozmawiam z dżentelmenem, jestem dla niego dwa razy bardziej uprzejmy, kiedy rozmawiam z chamem, jestem dla niego czterokrotnie bardziej chamski.”

      To nie ja, broń Boże. To Otto von Bismarck.

      A wypowiedź Filippo Inzaghiego po meczu można znaleźć na przykład w serwisie www.acmilan.pl; wiadomość pt. Inzaghi: Zakończyłem swoim firmowym zagraniem.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 maja 2012 00:44
  • poniedziałek, 14 maja 2012
    • Rekord Jemielina

      Kategoria: najwięcej wejść ciałem (za oceanem nazywają to hit, polscy uczeni w piśmie używają bodajże terminu bodiczek, a tak naprawdę dzwon jest dzwon i nie ma o czym gadać) w jednym sezonie regularnym.

      Udział wzięli: obrońcy, rozgrywający pierwszy sezon w NHL.

      Poprzedni rekordzista: Luke Schenn (Toronto Maple Leafs). 206 w sezonie 2008-09; Schenn zagrał w siedemdziesięciu spotkaniach.

      Nowy rekordzista: Alieksiej Jemielin (Canadiens de Montreal). 236 w sezonie 2011-12; Jemielin wystąpił w 67 meczach.

      Spośród wszystkich obrońców National Hockey League hokeistę z Montrealu wyprzedzili tylko Matt Greene (LA Kings, 241), Brooks Orpik (Pittsburgh Penguins, 259) i... Luke Schenn (270). Nic dziwnego, że ponoć urodzony w Stawropolu nad Wołgą (zdaje się, że od pewnego czasu to miasto nosi nazwisko jakiegoś czerwonego pachoła z Włoch, czego wszakże nie przyjmuję do wiadomości) Rosjanin dorobił się wśród fanów Habs nowego pseudonimu. Krótko i dźwięcznie: „Boom”. Tyz piknie...

      Źródło: canadiens.nhl.com.

      Tak się zastanawiam, gdzie teraz są ci wszyscy spece, którzy na początku sezonu twierdzili, że Jemielin jest wolny jak ten ślimior i w NHL nic z niego nie będzie.

      A tak poza tym to szczerze mówiąc, wolałbym zobaczyć informację o nowym kontrakcie dla Rosjanina (nie mówiąc już o tym, że przydałby się w Montrealu jakiś nowy trener czy coś takiego...). Ale cóż, dobrze, że w ogóle coś się dzieje.

      W takim Raleigh chyba wszyscy pojechali na ryby (niektórzy aż do Skandynawii)... hej, podobno miała być nowa umowa dla Jamiego McBaina?

      Nie spać! Zwiedzać! Zdjęcia robić! Zamykamy zaraz!

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 maja 2012 18:12
    • Dobry start Kings, dwa gole... Kinga

      Królowie z Los Angeles rozpoczęli rywalizację w półfinale Konferencji Zachodniej od zwycięstwa, wygrywając na wyjeździe z Phoenix Coyotes cztery do dwóch.

      Goście objęli prowadzenie w 4. minucie meczu, kiedy Mike'a Smitha pokonał Słoweniec (jak słowo daję, kto już w tej NHL nie strzela goli... tylko dla naszych za wysokie progi, jeśli nie liczyć Wojtka Wolskiego z Panthers) Anze Kopitar. Dziesięć minut później wyrównał Derek Morris i po pierwszej tercji mieliśmy jeden do jednego.

      29. minuta przyniosła drugą bramkę dla Kings – zdobył ją Dwight, nomen omen, King. Kojoty jeszcze raz wyrównały stan meczu (i znowu po dziesięciu minutach), kiedy Jonathan Quick nie dał rady zatrzymać krążka po uderzeniu Duńczyka Mikkela Boedkera.

      W 43. minucie spotkania hokeistów z Los Angeles na prowadzenie wyprowadził Dustin Brown. Tym razem gospodarzom zabrakło argumentów, a na niespełna pięćdziesiąt sekund przed zakończeniem trzeciej tercji krążek do opuszczonej przez Smitha bramki posłał Dwight King, zapisując na swoje konto drugie trafienie w meczu.

      Zwycięstwo gości, którzy oddali 48 celnych strzałów, byłoby zapewne o wiele bardziej okazałe, gdyby nie Mike Smith, który interweniował 44 razy (.936). Jonathan Quick obronił 25 uderzeń Kojotów (.926).

      Warto podkreślić, że bramkarz z Los Angeles w całych play-offs tylko raz skapitulował więcej niż dwa razy w jednym spotkaniu – 18. kwietnia Vancouver Canucks wygrali w Mieście Aniołów trzy do jednego, co wszakże dla Orek było klasyczną musztardą po obiedzie... Jeśli tak dalej pójdzie, to kto wie, czy Quick nie powtórzy wyczynu Tima Thomasa (dawno temu dokonał tego również Patrick Roy... zapewne zresztą nie on jeden)  bramkarz Bruins rok temu za jednym zamachem zgarnął Puchar Stanleya, Conn Smythe Trophy (nagroda dla MVP play-offs) i Vezina Trophy (nagroda dla najlepszego bramkarza NHL).

      I jeszcze celne strzały w poszczególnych tercjach wczorajszego meczu, na pierwszym miejscu goście: w pierwszej 17-4 (słownie: siedemnaście do czterech, proszę nie regulować monitorów), w drugiej 17-14, w trzeciej 14-9. Chapeau.

      Coś mi się zdaje, że hokeiści z Los Angeles rozsiedli się na fotelu faworyta tota sempiterna (że tak się podeprę Mistrzem Wańkowiczem) i niełatwo będzie ich stamtąd zepchnąć. Chociaż ucieszyłbym się, gdybym zobaczył Mike'a Smitha w wielkim finale... Co nie znaczy, że w to wierzę.

       

      Dzisiaj, a raczej jutro (druga nad ranem w Polsce) rusza ostatnia rywalizacja w Eastern Conference – Tortorella Boys z NY Rangers zagrają w Madison Square Garden z ekipą Martina Brodeura, czyli NJ Devils. Jeśli przypomnimy sobie, że dla obu drużyn pojedynki Strażników z Diabłami są czymś na kształt małej wojny domowej (chowa się nawet rywalizacja Rangers z Wyspiarzami, ale cóż – trudno się dziwić, że mało kto przejmuje się meczami z Dyżurnymi Cieciami Konferencji Wschodniej, w tym roku chwilowo zmienionymi na zaszczytnym 15. miejscu przez Canadiens), można być pewnym, że będzie się działo.

      Jeżeli nie stanie się nic nieprzewidzianego (zawalenie się sufitu, awaria Internetu itd.), to szczegółowa relacja z meczu Devils vs Rangers powinna być jutro po południu. Wprawdzie Brodeurowi na czterdzieści lat nie wypada życzyć porażki, ale jednak nieśmiało typuję zwycięstwo ekipy Johna Mozarelli jedną bramką.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 maja 2012 13:42
  • niedziela, 13 maja 2012
    • Klęska w Helsinkach

      Nie wiedzie się ostatnio Lwom Suomi na mistrzostwach świata. W rozegranym dzisiaj spotkaniu reprezentacja Finlandii pechowo i nieznacznie uległa (przypomnijmy – w Helsinkach) Stanom Zjednoczonym... zero do pięciu.

      Bramki dla zwycięzców strzelali Max Pacioretty (17. minuta spotkania), Kyle Palmieri (36.), Justin Faulk (38. w przewadze), Chris Butler (43.) i Bobby Ryan (45.).

      Po piątym trafieniu Kari Lehtonen (25 interwencji, skuteczność .833) miał dość – co prawda wytrzymał na lodzie jeszcze chwilę, ale ostatecznie w 53. minucie zmienił go Petri Vehanen, który przez niespełna osiem minut został wystawiony na próbę... tylko raz.

      Osiemnaście interwencji (i shut-out, rzecz jasna) zaliczył Jimmy Howard, kibicom NHL znany z występów w paskudnych barwach Detroit Red Wings.

      Dla ekipy Jukki Jalonena była to druga porażka z rzędu. W piątek Finowie prowadzili z Kanadą dwa do zera (Antti Pihlstrom 6., Mikko Koivu 11. w przewadze) i trzy do jednego (Jussi Jokinen 28., w przewadze), żeby ostatecznie przegrać trzy do pięciu. Dwa punkty dla Kanadyjczyków (asysta przy golu na dwa do trzech i bramka wyrównująca) zdobył Jeff Skinner, a gospodarzy dobił Jordan Eberle, który trafił do pustej bramki.

      W piątkowym spotkaniu Kari Lehtonen obronił 21 strzałów (skuteczność .840); znacznie lepiej spisał się Cam Ward. Bramkarz Hurricanes interweniował 35 razy (.921).

      Co ciekawe, mimo niezłych statystyk sobotnie zwycięstwo Kanadyjczyków osiem do zera (z Kazachstanem, bo z Kazachstanem, ale wrażenie robi) Cam oglądał z ławki rezerwowych – 24 uderzenia Kazachów zatrzymał Devan Dubnyk z Edmonton Oilers.

      Powiedziałbym (wracając do Finów) „spokojnie, to tylko awaria”, albowiem faktem jest, że to dopiero faza grupowa, która jest jak jajo, bo trzeba ją jakoś znieść; faktem jest, że chodzi o to, żeby znaleźć się w ćwierćfinale, a później wygrać minimum dwa (najlepiej trzy) kolejne mecze; faktem jest, że zalety rozpoznania walką odkrył już feldmarszałek Rommel; faktem jest, że Finowie awans do fazy pucharowej zapewnili sobie wcześniej, a Jankesi nie; faktem jest, że uśpienie czujności przeciwnika to dobra rzecz, albowiem wtedy my go bum! i po zawodach... a gdybym pomyślał dłużej, pewnie znalazłbym jeszcze pół tuzina takich faktów...

      Ale zaprawdę, nie godzi się dostawać u siebie pięć do ucha!

      Na niejaką pociechę, Petri Vehanen prowadzi wśród bramkarzy (skuteczność w turnieju .977, średnia straconych bramek na mecz... 0,50). Kari Lehtonen zajmuje ósme miejsce (.919 i 2,01... ciekawym, skąd ta jedna setna), a Cam Ward zamyka pierwszą dziesiątkę (.911 i 2,98). O miejscu w zestawieniu (uwzględniono zawodników, którzy rozegrali co najmniej czterdzieści procent czasu, jaki ich drużyny spędziły na lodzie) decyduje skuteczność, tzn. procent obronionych celnych strzałów.

      Przed Finami już tylko jedno spotkanie. W poniedziałek trzeba planowo pyknąć zdemolowany przez kolegów Jeffa Skinnera (on sam w tym spotkaniu nie zdobył punktów) Kazachstan. Co niechaj wypadnie dobrze, szczęśliwie i pomyślnie... jeszcze tego brakowało, żeby przegwizdać we własnej stolicy z jakimiś mongołami, tfu.

      Ćwierćfinały (wszystkie) już w najbliższy czwartek.

      Heia Suomi!

       

      Jeszcze tylko chwileczkę, jak mawia porucznik Columbo.

      Mocno nietypowym wynikiem zakończyło się inne z niedzielnych spotkań, w którym dzielnie walczący na turnieju Norwegowie (Szwecja 1:3, Rosja 2:4, Czechy 3:4 po karnych, Italia 6:2, Łotwa 3:0) pokonali Niemców... uwaga, uwaga... ni mniej, ni więcej, tylko dwanaście do czterech. Hat-trick ustrzelił Patrick Thoresen, dwa gole zdobył Per-Age Skroder, a wikingowie (którym pozostał do rozegrania jeszcze mecz z Danią) prowadzili już dziewięć do zera, kiedy w 39. minucie meczu Lars Haugen (25 interwencji, .862) skapitulował po raz pierwszy.

      Co ciekawe, w wygranym trzy do zera spotkaniu z Łotwą Haugen ratował swoją drużynę przed utratą bramki... również 25 razy.

      O ile skuteczność goalliego Norwegii nie rzuca na kolana, o tyle niemieccy bramkarze robili za gwiazdy... drużyny przeciwnej. Dennis Endrass obronił 8 z 14 uderzeń Skandynawów (...571), Dmitrij Koczniew 12 z 18 (.667). Żeby było śmieszniej, Rosjanin zastąpił kolegę w 6. minucie spotkania (na tablicy było wtedy trzy do zera), ale na trzecią tercję już nie wyszedł...

      I love this game.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2012 20:39
    • A jednak Rangers

      Maksymalna liczba siedmiu spotkań była potrzebna, żeby wyłonić drużynę, która w finale Konferencji Wschodniej będzie przeciwnikiem NJ Devils. Wszystko stało się jasne dopiero w sobotę późnym wieczorem (czasu miejscowego). W Madison Square Garden NY Rangers pokonali Washington Capitals dwa do jednego i to oni zagrają o awans do wielkiego finału NHL, zwanego czasami Ostateczną Walką o Dzban.

      Minęło ledwie półtorej minuty, a już wynik otworzył Brad Richards, dla którego było to szóste trafienie w play-offs (podawał Carl Hagelin, akcję rozpoczął Michael Del Zotto, dla którego również jeden punkcik za asystę).

      Na kolejne bramki trzeba było czekać znacznie dłużej...

      W 51. minucie meczu Braden Holtby z Capitals poradził sobie z łatwym uderzeniem z dystansu Mariana Gaborika, ale przy poprawce Michaela Del Zotto był już bezradny. A od czego cała akcja się zaczęła? Kto tak pięknie stracił krążek i robił z siebie Danijela Ljuboję? Któżby inny, jak nie najbardziej przereklamowany Ruchal na świecie.

      Co prawda również w 51. minucie (minęło niecałe czterdzieści sekund od bramki Del Zotto) kontaktową bramkę zdobył Romek Hamrlik (stary znajomy z Canadiens – też już nie miałeś dokąd pójść, chłopie...), ale to było wszystko, na co gospodarze pozwolili „Kapslom”. Do końca spotkania przyjezdni oddali jeszcze... dwa celne strzały (w całej trzeciej tercji... cztery).

      W całym spotkaniu Henrik Lundqvist zaliczył 22 udane interwencje (skuteczność .957), Holtby 29 razy zapobiegł utracie bramki (.935)... Wygląda na to, że z Bradena będą ludzie – coś mi się zdaje, że czeski duet bramkarzy w stolicy USA (Tomas Vokoun, Michal Neuvirth) może nie dotrwać do początku sezonu 2012-13.

      Już jutro w Nowym Jorku pierwszy mecz Rangers vs Devils (zapowiada się to co najmniej ciekawie i może aż jakieś spotkanko czy dwa obejrzę, żebym z nowym sezonie nie zastanawiał się, gdzie jest krążek). Ponieważ Tortorella Boys do tej pory dwukrotnie – w dwóch seriach – wykorzystywali przewagę własnego lodowiska w spotkaniu numer siedem, to nie zdziwię się, jeśli tradycji stanie się zadość.

      Mój (nieśmiały) typ: cztery do trzech, awans Rangers.

      Po kilku dniach odpoczynku wracają na lód także hokeiści Phoenix Coyotes i LA Kings. Pierwsza próba sił w finale Konferencji Zachodniej dzisiaj w nocy – gospodarzami będą Mike Smith i jego koledzy. Naprawdę ciekaw jestem, jak to się skończy...

      A z nieco innej beczki, chciałbym dostać w swoje łapy faceta, który wymyślił sobie, że ze strony NY Rangers ludzie będą wysyłani na jakieś zjednoczone niebieskie koszulki, gdzie ogólnie jest tak zwany damski..., czyli inaczej łajno. Przecież gość zasłużył sobie na to, żeby pognać go ulicami Nowego Jorku po uprzednim unurzaniu w smole i pierzu.

       

      I jeszcze jedno, jak mawia porucznik Columbo.

      Tak sobie wlazłem na blox.pl i w kategorię sport. Przegrzebałem się przez jakieś dwadzieścia stron... Zgadnijcie, ile znalazłem blogów, które traktowałyby o NHL lub choćby (z braku laku...) o czymś hokejopodobnym?

      Zagadka jest naprawdę dziecinnie prosta, dlatego też nie będę podawał odpowiedzi A, B, C, D. Nie ma także zgadywania „do trzech razy sztuka” . Nagrody nie będą przyznawane. Odpowiedzi najlepiej wysyłać za pomocą gołębi pocztowych.

      To tak gdyby kto się zastanawiał, czemu tu nie ma możliwości komentowania.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      Autor(ka):
      hapsfuji
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2012 12:01

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny